... w centrum sterowania wszechświatem. Wokół numerki. Odeszli chwilowo wszelcy ludzie.
chwilowo..? a może nikogo nie było ..?
Posiada coraz więcej interfejsów wejściowych. Ale to martwe członki być się zdawają, bo na wyjściu odnajduje zawsze ten sam efekt defekacji.
Miał kota.
A może nie miał?
Kiedyś leciał, pamieta to dobrze, leciał machając leniwie, unosząc się w obranym niewiadomym kierunku.
Zimą była choinka.
A może po prostu raz był w lesie?
A latanie?
Może to była tylko śmierć kliniczna albo spadek ciśnienia w gałkach ocznych?
Gapił się bezmyślnie w okno myślac o tym, jaki to jest zmęczony. Ale gdyby ktoś go teraz ktoś mógł zapytać:
a cóż to cię tak zmęczyło?
to jedynym na którego mógłby zwalić winę za zmęczenie było owe okno.
Ale nikt go juz o nic dawno nie pytał. Tak było nawet dobrze - nie musiał podejmować wysiłku odpowiadania, skupiania uwagi na nieswoich myślach, ponownego odczuwania tak zgubnej empatii, domyślania się znaczeń, które i tak w końcu pozostawały bez znaczenia. Zupełnie bez.
Kręcił się myślami wokól codzienności, żył nią intensywniej we własnej głowie niźli na zewnątrz. Nie wiedział już chyba, nie rozróżniał już co naprawdę a co inaczej. Co boli a co tylko impulsem elektrycznym gdzieś wewnątrz istoty białej lub szarej.
Popełniał błędy, które kiedyś, u innych zbyłby drwiną lub kąśliwą uwagą o niechlujstwie. Mylił litery miejscami w najprostszych wyrazach. Zamykał oczy, odczuwał bowiem dyskomfort spoglądania na wszystko co wookoło.
Nie czekał na żaden pociąg, nie miał w planach oglądania żadnego filmu, przeczytania już żadnej książki.
Bardzo bardzo chciał znowu spać. Tak spać. Zniknąć i spać. Poduszka przy policzku, chłód poza ciepłym łózkiem i oszust sen. Oblepiająca umysł obietnica ucieczki. Koszmarny kochanek, uciekający nad ranem bez śladu, nie zostawiając ni listu ni zapachu, zabierający często nawet wspomnienie nocy. Bezpłciowa sucz powracająca co noc, wpuszczana w najgłebszą intymność bez jakichkolwiek warunków.